Pobudka była dosyć drastyczna, bowiem królewska armia,
najwidoczniej nie miała nic lepszego do roboty, o tej bardzo, wcześnie porannej
porze, niż przechadzanie się po tej małej, nie zbyt ciekawej wiosce,
świergocząc i obijając się zbrojami, których dźwięk doprowadzał Manee do
lekkiego bólu głowy, w pewnym momencie zastanawiała się, całkiem na serio, czy
zaklęcie ciszy by nie pomogło, ale zrezygnowała po, tym jak zauważyła
królewskiego maga.
A to całe zamieszanie z powodu koronowania księżniczki Diany, na nowa głowę państwa. Jakiś miesiąc wcześnie zmarł poprzedni król, a ze nie posiadał syna, to jego następczynią musiała być 4 z niezadowoleniem dworu. Tylko tyle wiedziała Manea, polityczne sprawy mało ja obchodziły, wiec to, co słyszała od ludzi było jedynymi informacjami, jakie posiadała na ten temat.
Westchnęła i odeszła od okna, z zamiarem wykąpania się, lecz przechodząc obok zagraconego książkami i licznymi papierami, przedstawiającymi wyrysowane stwory i zaginionych ludzi, stolika, strąciła zwój, chciała go złapać w locie, i z jej refleksem pewnie by jej się udało, gdyby nieodniesione obrażenia. Szybkim ruchem obróciła się i natychmiast tego pożałowała, bo okropny bol zdzielił ja, aż z sykiem wypuściła powietrze z pluć.
No pięknie - pomyślała i usiadła na podłodze. Wzięła zwój w rękę i znów zaczęła się zastanawiać, czemu Nonna go trzymała, pusty zwój. Manea widziała tylko, ze dostała go od jej ojca, nic więcej. To było dziwne, no, bo zastanówcie się, jaki mężczyzna dawał kobiecie pusty zwój? Pewnie jakiś cholerny romantyk, zaśmiała się w duszy. Ciekawe, jak co kryło się za jego zniknięciem? - Zastanowiła się.
- Zaraz, zaraz. Kryło? - Wymamrotała na glos. I nagle, przyszła jej pewna myśl. Rozłożyła zwój i wypowiedziała pod nosem formułkę zaklęcia. Zwitek papieru lekko zaświecił i zaczęło się na nim pojawiać pełno wyrazów. Boże, jaka ja byłam głupia, przez tyle lat nie domyśliłam się, że wystarczyło użyć zaklęcia, przecież mój ojciec był magiem. Z takimi informacjami nawet kamień by do tego doszedł - myśląc z głośnym klaskiem walnęła się w czoło.
- Później się jeszcze podobijam - tym razem powiedziała i spoglądnęła na rulon. Znajdowały się na nim liczne słowa, lecz Manea nic nie rozumiała, był to jakiś starożytny język.
- No tak, po co mieć normalnego tatę? Lepiej go nie znać i wiedzieć o nim tylko to ze był magiem i ma manię do utrudniania życia swojej córce - warknęła gniewnie.
- Bede się musiała wybrać do Katerwa.
- I koniecznie musze skończyć z gadaniem do siebie - dodała po chwili.
Katerwa zajmował się tłumaczeniami z wielu jeżyków, a miedzy innymi starożytnymi. Dlaczego on, skoro jest dosyć sporo takich tłumaczy? Otóż należał on do bardzo małego grona ludzi, którym to Manea ufała. Mieszka on w północnej Violi, wiec dojście tam zajmie jej około 2 dni. Trzeba się spakować. Zabrała się do pracy.
A to całe zamieszanie z powodu koronowania księżniczki Diany, na nowa głowę państwa. Jakiś miesiąc wcześnie zmarł poprzedni król, a ze nie posiadał syna, to jego następczynią musiała być 4 z niezadowoleniem dworu. Tylko tyle wiedziała Manea, polityczne sprawy mało ja obchodziły, wiec to, co słyszała od ludzi było jedynymi informacjami, jakie posiadała na ten temat.
Westchnęła i odeszła od okna, z zamiarem wykąpania się, lecz przechodząc obok zagraconego książkami i licznymi papierami, przedstawiającymi wyrysowane stwory i zaginionych ludzi, stolika, strąciła zwój, chciała go złapać w locie, i z jej refleksem pewnie by jej się udało, gdyby nieodniesione obrażenia. Szybkim ruchem obróciła się i natychmiast tego pożałowała, bo okropny bol zdzielił ja, aż z sykiem wypuściła powietrze z pluć.
No pięknie - pomyślała i usiadła na podłodze. Wzięła zwój w rękę i znów zaczęła się zastanawiać, czemu Nonna go trzymała, pusty zwój. Manea widziała tylko, ze dostała go od jej ojca, nic więcej. To było dziwne, no, bo zastanówcie się, jaki mężczyzna dawał kobiecie pusty zwój? Pewnie jakiś cholerny romantyk, zaśmiała się w duszy. Ciekawe, jak co kryło się za jego zniknięciem? - Zastanowiła się.
- Zaraz, zaraz. Kryło? - Wymamrotała na glos. I nagle, przyszła jej pewna myśl. Rozłożyła zwój i wypowiedziała pod nosem formułkę zaklęcia. Zwitek papieru lekko zaświecił i zaczęło się na nim pojawiać pełno wyrazów. Boże, jaka ja byłam głupia, przez tyle lat nie domyśliłam się, że wystarczyło użyć zaklęcia, przecież mój ojciec był magiem. Z takimi informacjami nawet kamień by do tego doszedł - myśląc z głośnym klaskiem walnęła się w czoło.
- Później się jeszcze podobijam - tym razem powiedziała i spoglądnęła na rulon. Znajdowały się na nim liczne słowa, lecz Manea nic nie rozumiała, był to jakiś starożytny język.
- No tak, po co mieć normalnego tatę? Lepiej go nie znać i wiedzieć o nim tylko to ze był magiem i ma manię do utrudniania życia swojej córce - warknęła gniewnie.
- Bede się musiała wybrać do Katerwa.
- I koniecznie musze skończyć z gadaniem do siebie - dodała po chwili.
Katerwa zajmował się tłumaczeniami z wielu jeżyków, a miedzy innymi starożytnymi. Dlaczego on, skoro jest dosyć sporo takich tłumaczy? Otóż należał on do bardzo małego grona ludzi, którym to Manea ufała. Mieszka on w północnej Violi, wiec dojście tam zajmie jej około 2 dni. Trzeba się spakować. Zabrała się do pracy.
Najwięcej czasu zajęło jej poszukiwanie na straganie
jedzenia na podróż, jedzenia, które się nie zepsuje oraz wytrzyma
niespodziewane ataki wrogów. Idąc tak uliczkami, na których po obu stronach
stały liczne stoiska z rozmaitymi przedmiotami, od jedzenia po części do wozów,
usłyszała, że pewna karawana stoi przy bramie. Hmm to by mogło oszczędzić mi
kilku kłopotów – zastanowiła się i po czym ruszyła w stronę wejścia na rynek,
było to dosyć trudne po panował tam okropny ścisk, a jak już się trochę
przerzedziło musiała ona jeszcze uważać na małe dzieci, które znalazły sobie
zabawę, kto pierwszy przedrze się przez tłum. Szczerze to Manea ich podziwiała,
że umieją wytrwać całą tą drogę, bo dla niej to było jak kara boska. Gdy
dotarła na miejsce, okazało się, że rzeczywiście jest karawana, teraz została
jedynie sprawa, w którą stronę zmierza. Zauważyła grubszego mężczyznę,
domyślając się, że to jeden z kupców, powoli do niego podeszła.
- Witam, chciałabym się dowiedzieć, kto przewodzi tą
karawaną. Mężczyzna nawet na nią nie spojrzał tylko wskazał jeden z namiotów.
W środku siedział jegomość, a może bardziej precyzyjne by
było, że chrapał sobie, rozwalony na siedzisku z cieknącą śliną z kącika ust.
Manea skrzywiła się i pomyślała
- Jeszcze mogę uciec. Choć było to kuszące, postanowiła
szturchnąć osobnika.
- Przepraszam – cicho powiedziała i lekko nim potrząsnęła,
brak reakcji. Powtórzyła czynność, lecz tym razem, głośniej i mocnej, oblizał
się i zaczął gadać coś o jakimś sosie. Tu już trochę wkurzona, użyła więcej
siły i krzyknęła.
- Wstawaj! - Delikwent przestraszony, poruszył się zbyt
gwałtownie, przez co spadł na podłogę
- Co się stało – rozglądnął się, nie do końca rozbudzony
- Niewiele – powiedziała z lekkim pożałowaniem, po czym
dodała – Poza tym, że chciałabym się zapytać, gdzie zmierzacie.
- Ale że kto? – Zapytał zaspanym głosem, wstając – Aa, że
karawana. A kto pyta?
- Ja – odpowiedziała tracąc powoli cierpliwość
- Spokojnie panienko.
Wybieramy się do północnej Violi na karnawał, będzie dużo śpiewów, tańców, i
ogólnie zabawy – powiedział, uśmiechając się głupkowato. – Czyżbyś chciała z
nami podróżować?
- Właśnie się zastanawiam czy to dobry pomysł – powiedziała
pod nosem
- Słucham
- Tak, chciałabym – rzekła wyginając usta w fałszywym
uśmiechu.
- Dobrze, czemu nie – drapiąc się po brodzie, wstał i
podszedł do wyjścia, wychylił głowę i krzyknął
- German! – Stali przez chwile w ciszy, gdy pojawił się,
chudy, chłopak o delikatnych rysach oraz brązowych włosach, sięgających do
ramion i z lekkim zarostem, na plecach miał trąbkę. Manea miała nadzieje, że to
nie muzyk.
- Tak, panie Klemens? – Zapytał, kątem oka spoglądając na
Manee
- Będziesz odpowiedzialny za tę młodą panienkę, masz
dopilnować by się nie nudziła. German, po chwili zastanowienia, podszedł do
niej wyciągając rękę.
- Jestem German, tutejszy grajek, miło mi cię poznać. No
tak, moje szczęście – pomyślała
- Manea – uścisnęła jego rękę
- No to bardzo miło, że się znacie, ale trzeba się zbierać,
za wieczorem wyruszamy - mówiąc, wypchnął i z namiotu.
Wieczorem, wszyscy gotowi do drogi, no i ruszyli, niestety.
Dlaczego niestety, mianowicie German okazał się mieć bardzo zażyte stosunki ze
swoją trąbką, więc grał i grał, co doprowadzało Manee do szaleństwa, ale nie pisnęła
nawet słówka? Bądź miła, w przyszłości ci się to opłaci, myślała sobie.
I tak przy trochę kalecznych dźwiękach trąbki, i paru innych
instrumentach, bo grajkowie trzymając się w grupie, ruszyli w stronę Północnej
Violi.
*****
Cóżżżżż, trochę minęło. ale jest :)